Na na na… i tyle

Obiło mi się o uszy, że film, którym mam umilić sobie oczekiwanie końca katorgi 2016 to szał, cud, czysty urok i czar lat minionych. No to się nastawiłam.

Dlatego nie oglądam zwiastunów, nie czytam recenzji przed wyjściem do kina. Teraz jestem w kropce.

Ochy i achy pod adresem „La La Landu” wynikały z sukcesu „Whiplasha”, obecności Ryana Goslinga i Emmy Stone, w dodatku tańczących i śpiewających. Dodajmy do tego historię dwojga marzycieli zajawionych na punkcie jazzu i wielkiego ekranu – wiadomo, że będzie słodko. Ale wyszło bez wyrazu.

Nie jestem wielką fanką musicali, ale też nie jestem głuchoślepa i umiem przytupnąć nogą do odpowiedniej nuty. I lubię sposób, w jaki środki wyrazu filmowego realizują się w tym gatunku, spójrzmy chociażby na rewelacyjne „Sweet Charity” czy „All That Jazz” Boba Fosse. Szczęka opada i wraca się do całości, a kiedy czasu brak, to do ulubionych scen.

Z „La La Landem” mam problem, bo widz dostaje bardzo dobrze zgranych Goslinga i Stone, świente prowadzenie kamery, co przy długich ujęciach budzi uznanie dla ekipy operatorskiej… i tyle. Zabrakło w tym wszystkim iskry. Nie ma kawałków, które by jakoś z widzem zostały na dłużej, nie ma scen, które przejdą do historii, choć do samej historii kina wiele tu odwołań.

Trochę jakby reżyser chciał złapać klimat minionej epoki i sprawdzić, jak sobie poradzi we współczesnej oprawie. Dla mnie to nie działa. To nie jest zły film. Jest przyzwoity, ale żeby sypać w niego Oscarami? Nie powiedziałabym. Miało być o złym Hollywoodzie, że serca nie ma, że marzenia miażdży, kipi komercją, a właściwie „La La Land” nie dodał od siebie nic nowego. Wszystko to wiemy, że miłość ważna, a pasja to już dopiero.

Ot, muzyczna laurka.