Spacer po pustyni

Z Józefem dawno się nie widzieliśmy. Minęło lato, połamane palce się pozrastały, ktoś tam mury wieży chciał szturmować, ale nie wyszło. Jednym słowem, nazbierało się tematów do obgadania, najlepiej w najgorszy deszcz, ale za to przy dobrej kawie i zniczach.

Jakoś tak wyszło, że z Józefem osinglowaliśmy mniej więcej w tym samym czasie. Oboje po kilku latach, kogoś rzucono, ktoś się rozszedł. Ogólnie sytuacja nie była do pozazdroszczenia. U mnie po roku wróciły odruchy do budowania gniazda, więc Józio przegadywał ze mną wszystkie kukułki, które tylko jajo z wyrzutami sumienia podrzucały. U niego jakoś nuda. Ani jakoś nikt się nie podobał tak, żeby za rękę złapać, do kina to może jeszcze, ale tak, żeby się przytulać pod kołdrą i w gwiazdy patrzeć, to już nie.

Kiedyś przy posiadówie herbacianej postanowił mnie zastrzelić – wziął i się zakochał. I się starał, normalnie zolyty pełną gębą. Chodził, chodził i wychodził. W dodatku z wzajemnością. Co więcej, stan ten się utrzymuje. Normalnie nic, tylko Józia złapać w klatkę i pobrać materiał genetyczny w celu sklonowania. Lem by tego nie wymyślił – facet, który wie, czego chce.

Ale. Piździ złem, pada, buty dawno przemoczone, jakoś niebo sobie przypomniało opłakać każdy nagrobek na Salwatorze. Na szczęście ta kawa dobra. Temat ten sam – obgadanie stanu życia i kolejnego gawrona, co to pokrakał, ale z pawiem to ma tyle wspólnego, że się go puszcza.

– Pustynia, Józio, pustynia – mówię już kawą odurzona, z palcami odmrożonemi – Nic tu nie ma. Nie ma normalnego towaru, który nie będzie próbował się wydymać pod przykrywką kaw, cukierków, kin, herbat i innych dupereli. Ewolucja się dopełniła, podróż mózgu do jaj zakończona.

– Niby pustynia, ale na pustyni są oazy – podchwytuje metaforę Józef – Ja tyle lat łaziłem, męczyłem się, przy palmie przystanąć mogłem, ale wreszcie znalazłem oazę z jacuzzi i wodospadem.

– I dobrym wi-fi.

– I z dobrym wi-fi – przytakuje, ale wraca do mojego groteskowo negatywnego nastawienia – Co robisz, żeby sobie poradzić z pustynią?

Coś tam patrzę na tę kawę, coś tam na łyżkę, jakiś sobie bilans robię. I mówię:

– Żrę piach.

Może się okaże, że jestem strusiem.

Zdjęcie: Felicia